poniedziałek, 18 maja 2015
niedziela, 29 marca 2015
„Czternaście fibul” – R.8: Trening, dzień 1
Trening, dzień 1
Twierdza Ludzi Pustyni. Północny kraniec pustyni Nuha. Dwa dni drogi na południe od Miasta Złodziei. Trzy na północny-zachód od Oazy, miejsca zamieszkanego przez Dzieci Pradawnej Trzynastki. Twierdza ta, zamek z zabudową dookolną i murami wysokimi, posiada dość specyficzne budowle. Znajdują się tu, prócz mieszkań wojowników, elit i baraków dla więźniów budynki sportowe: gymnasion, palestra, arena, stadion oraz basen. Ponadto jest tu łaźnia, kuchnia i stołówka dla uczniów wyższych stopniem.
Dziennik XXIV, dzień 1
Dzień pierwszy. Poranek. Wczoraj dostarczono nowy towar – dziewięciu dość dobrze wytrenowanych jeźdźców, kupca z synem, pięciu ich sług. Ponadto dwoje podróżnych z dalekich stron – ją spędzono do łaźni, by przegotować wraz z innymi kobietami dla naszego przywódcy – Hussein Husam Makina, jego zaś przydzielono do mojej grupy, posobnie jak dziedzica kupca. Prócz nich do mojej grupy przydzielono: Baracka i Nyokę ze wschodu oraz niewolników z wioski przy oazie: Abdula, Umara, Izz Udina, Imad Udina, Mansara i Azama. Nakazano mi wytrenować ich na dziesięciu silnych gladiatorów. Oglądałem wczoraj syna kupca. Ledwo porusza się o własnych siłach. Będzie z nim ciężka przeprawa. Dziś idę do tego podróżnego. Słyszałem, że jest pyskaty. Nie bał się Abdullaha. Może o nim nie słyszał? Nie wnikam. Ale ponoć jest twardy. Sam Abdullah wrócił wczoraj zły. Podróżnego bito grubym rzemieniem czterdzieści razy i nie prosił o litość. Dziś idę obejrzeć resztę grupy. Pierw udam się do celi podróżnego i Baracka.
Wczesne popołudnie. Odwiedziłem całą grupę. Jest dość zróżnicowana. Syn kupca do niczego się nie nadaje. Pochwyceni przy oazie są wynędzniali, chudzi i wątli. Za to bardzo posłuszni i wiedzą co ich czeka – w końcu są miejscowi, oaza leży niedaleko i niejednokrotnie ją najeżdżaliśmy. Jeden z nich, Umar, jest barczysty i nieco lepiej odżywiony. Barack jest potężnie zbudowany, umięśniony. Ponadto opanowany i rozsądny. Już wiem, że uczynię go przewodniczącym grupy. Nyoka jest typowym długodystansowcem. Mocno zbudowane nogi, gorzej tors i ramiona – do wyćwiczenia. Będę musiał na niego uważać. Jest dość nerwowy, gotowy uciec, a zdolny do przebiegnięcia pustyni i bez zapasu wody. Podróżny zaś, Kain, jest krnąbrny, pyskaty jednak ma jedną zaletę. Nie boi się. Przez to trening będzie trudny, ale efekt może być zacny. Kazałem ich przekwaterować. Tam gdzie zawsze. Kazałem pierw jednak zmodernizować meble. Konkretnie piętrowe prycze. Tym razem pojawiły się dwa łóżka trzypiętrowe i dwa dwupiętrowe. Syn kupca i Kain jako najgrubsi zajmą najwyższe prycze. Drugie kondygnacje przeznaczam dla Nyoki, Abdula, Mansara i Azama. Dolne prycze zajmią Barack, Izz, Imad i Umar. Zmusi to Kaina i Saula do spalania tłuszczu. Nyoka codziennie będzie miał dodatkowy trening mięśni rąk i piersiowych. Umar i Barack jako najlepiej zbudowani nie potrzebują dodatkowego treningu. Resztę rozmieszczam losowo. Późne popołudnie. Pierwszy trening...
*
Stadion. Dość nietypowy – nie posiadał trybun. Bieżnia była typowa: prostokąt z półokręgami zamiast krótszych boków. Wejście było od południowej strony, na środku jednego z dłuższych boków. Wychodząc przez nie wchodziło się do niewielkiego boksu, z którego było wyjście na na plac przez południową ścianę. Późne popołudnie. Z boksu zostało wprowadzonych, przez dwóch młodych wojowników, dziesięciu nagich młodzieńców. Nagrzany piasek piekł ich w stopy. Przed nimi stanął umięśniony mężczyzna w średnim wieku. Poznali go już wcześniej. Każdego z nich obejrzał. Jak towar, czy konia wyścigowego. Później towarzyszył im w drodze na stadion. Młodzi wojownicy pokłonili mu się i powoli, bez słowa wyszli. Pozostali w milczeniu wpatrywali się w niego. On zaś milczał dłuższą chwilę, wertując ich wzrokiem. Wreszcie zatrzymał wzrok na najgrubszego z nich i powoli rzekł:
- Tragedia.
Sześciu młodzieńców opuściło wzrok. Widać było po nich stres. Bali się. Wiedzieli co ich czeka. Najgrubszy z dziesiątki nie kontaktował. Upał i dystans, który musiał pokonać o własnych siłach dał mu się we znaki. Potężnie zbudowany ciemnoskóry mężczyzna spokojnie patrzył. Słowo nie wywarło na nim wrażenia. Dwaj pozostali młodzieńcy spojrzeli na mężczyznę z nienawiścią.
- Tragedia – powoli powtórzył wpatrując się tym razem w rudowłosego młodzika.
- Odwal się – wycedził przez zęby zaczepiany.
Przypłacił to sierpowym w lewą skroń.
- Zapamiętajcie to. Wszyscy.
- Dobrze, panie...
- Zapomnij, Azam. Nie jesteś już śmieciem, którym pomiata pan. Teraz pomiatam tobą ja. Mistrz.
- Przepraszam, mistrzu.
- Dobrze. A teraz pomóż wstać Kainowi.
- Dobrze... - odparł i podszedł do krwawiącego chłopaka.
- Tyle?! - mężczyzna wycedził przez zęby zasadzając siarczystego kopniaka w siedzenie Azama.
- Przepraszam, mistrzu, przepraszam.
- Więc?
- Dobrze, mistrzu, pomogę mu, mistrzu...
- To też zapamiętajcie – rzekł, po czym dodał półszeptem kładąc dłoń na ramieniu Kaina – A ty wstrzymuj język jeśli nie chcesz mieć kłopotów.
- S p i e r d a l a j – wycedził przez zęby rudy.
- Myślisz, że twardy jesteś?... – rzekł klepiąc go po ramieniu, po czym dodał głośno do wszystkich – Podziękujcie Kainowi, że zamiast trzech pobiegacie dzisiaj pięć godzin. Jazda!
*
Łaźnia. Niewielkie pomieszczenie, dwa rzędy ław naprzeciw siebie. Cała obłożona kaflami pokrytymi jasną, nieprzeźroczysta glazurą. Dziewiątka młodzieńców. Większość wpatrywała się w Kaina ze złością. Wreszcie Umar rzucił:
- I co ruda pało? Dobrze się czujesz? Fajnie się biegało dwie nadprogramowe godziny?
- Ja je przynajmniej wytrzymałem, pajacu!
- Od tygodnia Umar, podobnie jak reszta z nas znad oazy, nie miała nic w gębie więc zamknij ryj.
- W dupie to mam, Izz!
- W dupie to zaraz będziesz miał co innego!
- Zostaw go, Azam! Dobrze, że się postawił. Chciałem zrobić to samo.
- Zamknij się, czarnuchu! Widać po tobie, że lubisz biegać, więc ci to nie przeszkodziło.
- Weź się od niego odwal Abdul. Nyoka ma imię. I nazwałbyś go grzeczniej Murzynem, czy Afroamerykaninem, a nie...
- Afro, co? Co ty bredzisz, ruda pało?
- Spokój!
Umilkli. Spojrzeli na Baracka. Jego spokojny, ale stanowczy ton kazał im się zamknąć.
- Nie widzicie, że mistrz specjalnie chciał, żeby wszyscy rzucili się na Kaina? Wiedział w jakim jesteście stanie i nie lubi jak mu się ktoś sprzeciwia. Ja byłem wczoraj w celi z Kainem. Pomimo, że był świeżo wybatożony i ledwo się ruszał, postawił się mistrzowi. Dziś znów dwa razy. Chciał go nauczyć pokory. Nie. Nie, Umar. Nie naszym kosztem. Widzicie... Jak szliśmy na arenę, to pamiętacie? Mistrz kazał Saulowi nieść wszystkie swoje rzeczy. Na górze położył jakieś notatki. Nie wziął pod uwagę, że Saul może umieć czytać. Jak zaczęliśmy bieg, porozmawiałem z nim. Mówił wtedy, że te notatki co je niósł to była rozpiska dzisiejszego treningu. Saul twierdził, że było tam napisane, że bieg ma trwać pięć godzin, nie trzy...
- Wybacz nam, Kain. Nie wiedzieliśmy.
- Spoko, Umar.
- Co to „spoko”?
- „Spoko”? To samo co „dobrze”. Ale lepiej tak nie mów do „mistrzunia”.
- Spoko, Kain.
- Ciekawe co u Saula – po chwili ciszy rzekł Kain.
- Szkoda go. Pół godziny nie biegaliśmy, a on zemdlał.
- Prawda, Abdul... Miejmy nadzieję, że przeżyje. Zresztą przydałby się nam. Umie czytać. A to może się nam przydać.
- Ej, Barack. Ja też umiem.
- Kim ty jesteś, Kain? Kupcem? Księciem? Kapłanem?
- E!... Gdzie tam, Izz. Tam skąd pochodzę wszyscy to potrafią.
- Gadasz głupoty. Nie istnieje takie miejsce.
- Na tym świecie nie, ale...
- Bogowie... Jesteś magiem? I dałeś się złapać?
- Nie, nie jestem magiem Izz. Można powiedzieć, że „magowie” mnie przenieśli do tego świata. Ja się staram wrócić.
- Tak? A masz jakiś dowód?
- Czy ja mam dowód?... Niech ja pomyślę, Abdul... Tak! No jasne! Spójrzcie. Zostawili mi zegarek.
- Co to jest zegarek? Że zegar? Przecież zegary są za duże, żeby mieć je przy sobie... Więc co to jest ten zegarek?
- To! Widzicie? Na mojej ręce! Pokazuje czas.
- Czas! Nareszcie coś mądrego mówisz, Kain! Masz rację. Koniec czasu! Ubierać się i do celi! O świcie macie być na nogach. W celi macie posiłek – usłyszeli wraz z odgłosem otwierających się drzwi.
- Mistrz... - wyszeptał Mansar.
- Ty, nie masz pojęcia o mądrości! Gdybyś wiedział ile...
- Kain, daj spokój.
- Masz rację, Barack. Nie będę tracił na niego czasu.
- Cóż. Znów możecie podziękować Kainowi. Jutro będziecie dłużej trenować.
- Już nie żyjesz, Kain... - wycedził przez zęby Nyoka, mrugając jednocześnie okiem, lewym, nie widocznym w tym momencie dla mistrza.
*
Dziennik XXIV, dzień 1
Późne popołudnie po późny wieczór. Przed treningiem musiałem ukarać za nieposłuszeństwo Kaina, podróżnika z zimnych krain. Trening nowych zacząłem standardowo od pięciu godzin biegu. Już tu zaczęły się spore kłopoty. Niewiele ponad kwadrans wystarczył, by zemdlał gruby Saul. Od trzeciej do czwartej godziny musiało zejść pięciu miejscowych. Ostatni z nich, Umar padł pół godziny przed końcem. Reszta dotrwała do końca. Szczerze mówiąc zaskoczyło mnie, że Kain dotrwał. Jest gruby, a jego cera wskazuje na małą odporność na gorąco, którego dziś nie było brak. Ponadto wczoraj został srogo wybatożony, a dzisiaj karany już dwukrotnie. Ledwie godzinę temu obudził się Saul. Dostał posiłek i wysłałem go do celi. Dopilnowałem, żeby poradził sobie z wejściem na swoją pryczę. Standardowo pytał się gdzie jest drabinka. Dopiero jak go wyśmiałem pojął, że ma sobie radzić bez niej. Za chwilę pójdę do łaźni po uczniów i zaprowadzę ich do celi.
*
Cela. Przy małym, drewnianym, na wpół przepróchniałym stoliku, ustawionym pod zakratowanym okienkiem, były dwa krzesła. Jedno zajmował tęgo zbudowany Murzyn, drugie rudy chłopak. Drugi czarnoskóry mężczyzna opierał się dłońmi o blat stołu. Cała trójka dyskutowała nad czymś. Wreszcie stojący Murzyn przywołał skinieniem ręki pozostałych współlokatorów, zajętych dotychczas wylegiwaniem się na pryczach, tudzież półsnem lub rozmową.
- Słuchajcie – tęgi Murzyn rzekł, gdy podeszli. - Wiadomo, że treningi u Ludzi Pustyni mało kto przeżywa.
- Dobrze mówisz, Barack – rzucił Umar.
- Ale jak się będziemy trzymać razem, to może nam się uda – kontynuował Barack.
- Prawda... - mruknęło kilka głosów.
- Dlatego obmyśliliśmy z Kainem i Nyoką, jak widzicie, że zjemy dziś po połowie naszych racji. Wiemy jak jest sytuacja u was, w oazie. Dla tego dostaniecie te półtorej porcji dzisiaj. Saul już raczej jadł, zresztą on nie potrzebuje jeść więcej, więc niech śpi dalej. A wy się posilcie i do spania. Na jutro musimy być wypoczęci...
niedziela, 28 grudnia 2014
poniedziałek, 22 grudnia 2014
„Czternaście fibul” – R.7: Karawana
Karawana
Długa nić mozolnie pełzła po pustyni. Mozolnie szereg dwugarbów podążał na północ, w kierunku słońca. Większość była obładowana towarami. Półtorej tuzina jeźdźców podążało wraz z nimi. Pochód rozpoczynało trzech konnych wojowników, zamykało dwóch. Również flanek broniło po dwóch zbrojnych. W pewnej odległości od przedniej straży dosiadał wielbłąda pulchny kupiec, jednakże wyglądający wcale szczupło przy swym pierworodnym, który niemiłosiernie pocąc się ledwo nadążał za ojcem na swoim baktrianie. Tuż za nimi, gotowy na każde ich skinienie, jechał pierwszy wśród służących. Starzec ów, siwy już zupełnie, dość wychudzony, przejawiał więcej energii od nich dwóch razem wziętych. Co chwile zerkał ciekawie na dwoje młodych ludzi podążających za nimi. Obydwoje dołączyli do nich niedawno. Otrzymali od nich nowe ubrania, doskonale nadające się do otaczających warunków. Stary sługa zastanawiał się jakim cudem dotarli oni w samo centrum pustyni zupełnie nie przygotowani. Myśli rozproszył mu dziedzic kupca domagający się bukłaka z wodą. Pozostali czterej służący doglądali wielbłądów jucznych.
*
Jechali obok siebie. Milczeli. Przyjrzał się jej. Stwierdził, że w otrzymanych szatach wygląda źle. Luźna, szara szata i białe, szerokie szarawary ukrywały jej kształty. Nieosłonięte pozostały jedynie twarz i długie blond włosy wypływające spod turbanu – który, ku zgorszeniu członków karawany, uparła się ubrać zamiast przeznaczonego dla kobiet chimaru. Szybko spostrzegła jego wzrok. Poczuła się nieco skrępowana. W końcu znała go dopiero od kilku dni. Poza tym nie podobał się jej. Był od niej niższy. Do tego rudy. Klasycznie rudy – z piegami. Tu i ówdzie wyrosły mu kępki jasnego, młodzieńczego zarostu, którego nie miał czym zgolić. Pod wpływem zmęczenia i wysiłku fizycznego intensywnie objawił się na jego twarzy trądzik. Kwintesencją wszystkiego była nadwaga. Wszystkie te cechy sprawiły, że podświadomie skreśliła go już w dniu poznania. „A teraz on się mi przygląda” - przeszło jej przez myśl. - „Czy aby się we mnie nie zauroczył?” Stwierdziła, że lepiej mu w ubraniach otrzymanych od kupca. Były obszerne, dobrze ukrywały jego pulchność. Spostrzegła, że intensywnie się poci. Po jego szyi ściekały małe potoczki. Skierowała wzrok na twarz. Tu wiele lepiej nie było. Odruchowo spojrzała mu w oczy. W tym samym momencie, w którym on spojrzał w jej. Opuściła wzrok czując rumieńce wpływające na lica. On również się zmieszał. Chciał coś powiedzieć. Wtedy zobaczył ich. Słowa zamarły mu w pharynxie. Szaty i chusty w kolorze khaki doskonale ich maskowały. Pojawili się znikąd. Wojownicy broniący tyłu i prawej strony przyduszeni leżeli już bezwładnie na piekącym piasku. Na lewej flance wiele lepiej nie było – straż wywijała oczyma próbując wyrwać się z żelaznych uścisków napastników. Pierwszy służący również ich zauważył. Ubódł piętami baktriana – ruszył szybciej, by ostrzec swego pana. Nie zdążył. Czarna dłoń mocno zacisnęła się na jego ustach. Druga oplotła go w pasie. Nie uszło to jednak uwadze krępego wojownika z straży przedniej. Gwałtownie obrócił wierzchowca dobywając szamsziru. W ślad za nim jego towarzysze uczynili to samo. Nie było czasu na wahanie się. Rzucili broń na piach.
- Co to ma być? Panowie! - obruszył się zdziwiony kupiec.
- Właśnie, właśnie! - zawtórował mu pierworodny.
- A nic. Rabunek. - usłyszeli aksamitny głos zza siebie. - Ładnie więc zsiądź z dwugarba i bez wydziwiania daj się skrępować moim ludziom...
Właściciel karawany nerwowo obrócił się.
- A niech mnie jataganem popieszczą... Czyż to nie...
- Owszem. Ja, słynny Abdullah Wspaniały...
- Nie to miałem na myśli – mruknął kupiec.
- ...przejmuję – kontynuował aksamitny głos – te dobra takiemu psu jak kupczyk Samuel, któremu do niczego potrzebne one nie są. Prócz zbicia majątku. Ale pies zawsze pozostaje psem. Biedny czy bogaty. Na nic mu więc...
- Oszczędź gadaniny, Abdullah! Tnij mnie w gardziel tylko zamknij się! A syna wypuść. To przecie dziecko jeszcze...
- Właśnie, właśnie! - gromko przytaknął pierworodny.
- Do domu wróci, matka się martwić mniej będzie, a i jej pomoże.
- Samuel, głupcze... - Abdullah odparł. - Zastanów się. Ile pieniędzy dostanę za ciebie? Ile za twego syna?
- Abdullah, Abdullah... Jak ty nic nie wiesz...
- Wiem wiele, głupi. Wiem dokładnie, że ukryłeś sakwę na taki wypadek. Powiesz gdzie jest, wyślę gońca do twej żony, by była spokojna. Drugi przyniesie mi sakwę. Jeśli podasz złe miejsce... Zginiesz ty i twoja żona. Więc jak?
- Pod drzewkiem oliwnym! Trzecim od wejścia do mojego ogrodu! - rzucił piskliwie z przerażenia kupiec.
- Obyś się nie mylił.
- A co z mym synem?
- Właśnie, właśnie! - ryknął pierworodny drżącym głosem.
- A twój Saul sam na siebie wydał wyrok. Zakopałeś i dla niego sakwę?
- Tak było, Abdullah... - spojrzał niepewnie, spode łba na zbója.
- Czy to ta?! – odkrzyknął Abdullah zdzierając z Saula abaje.
Pierworodny wrzasnął broniąc się. Napastnik zerwał sakwę z sznurka zarzuconego na jego szyję. Rozsupłał ją podjeżdżając do Samuela i wysypał zawartość na jego głowę.
-To ta, to ta... - kupiec wyszeptał łapiąc próżną kaletę i rozpoznając w niej swe mienie. - Ale jak...
- Ha! Twój syn, choć głupi, przechytrzył kupczynę! Śledził i wykopał kiesę, ślady zabezpieczył. Mówiłem, żeś głupi.
- Co z nim będzie?
- Nie twoja sprawa, Samuel...
- Abdullah! Ta dwójka na sługi nie wygląda! - jeden z napastników przerwał rozmowę.
- Ach! Czyżby ludzie z południa? Tacy bladzi... - zainteresował się zawołany. - Ach! Cóż za kwiat zimnych krain!
Złapał za twarz Dominiki.
- Zostaniesz nałożnicą naszego dowódcy. Może nawet jedną z żon.
- Ani się waż, kurwi synu! - ryknął Kain.
- Pyskate i brzydkie to to – aksamitny głos dobiegł do uszu Adamowego, ale usta wypowiadające te słowa wciąż były skierowane ku blondwłosej.
*
Obudził się. Panował półmrok. Plecy piekły niemiłosiernie po czterdziestu batach. Przeklął w duchu swój niewyparzony język. Spróbował się podnieść. Zabolało. Upadł. Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Ktoś pomógł mu wstać i dojść do siennika.
- Dzięki – rzucił – za pomoc.
- Nie rozumiem.
- Co powiedziałeś? Nic nie zrozumiałem...
- Nie rozumiem.
- Jak nie rozumiesz, jak ja rozumiem twoje „nie rozumiem”?
- Teraz też rozumiem. Ale początkowo nie rozumiałem.
- Eee... Ok. Nieważne.
Zapadła cisza. Odruchowo chciał oprzeć się o ścianę. Syknął z bólu.
- Nie opieraj się. Będzie boleć. Ale idzie się przyzwyczaić.
- Idzie się co?!
- To – rozmówca pokazał mu szereg blizn na plecach podwijając koszulę.
- Jezu...
- Nie martw się. Mówię ci. Idzie się przyzwyczaić.
Znów zapadła cisza.
*
- Kim jesteś? – usłyszał tuż po obudzeniu się.
Nad siennikiem pochylał się mężczyzna z ogoloną głową.
- Kto? Ja?
- Nie drażnij mnie. Odpowiadaj na pytania.
- Spokojnie. Spokojnie. Jestem Kain. A ty?
Adamowy spojrzał na rozmówcę. Stwierdził, że przypomina mu on Bruca Willisa.
- Twoim mistrzem.
- Mistrzem? Mistrzem czego?
- Walki.
- Hmm... Zły pomysł. Nie mam drygu do walki. Chłopaki w sierocińcu zawsze spuszczali mi łomot.
- Beznadziejny przypadek... Jeszcze nikt nie poddał się zanim zacząłem z nim pierwszy trening.
- Sam jesteś beznadziejny. A teraz odwal się i daj się wyspać. Wczoraj mnie tak skatowali...
- Jak ty się do mnie zwracasz?! - ryknął „Bruce” i zrzucił Kaina z siennika. - Wstawaj!
- Ty jebańcu zasrany – Adamowy poderwał się równocześnie wyprowadzając prawy sierpowy w podbródek mistrza.
- Słowa! - rozmówca bez problemu odbił cios przedramieniem, równocześnie wyprowadzając cios w Kainowy splot słoneczny.
Ten runął na ziemię zwijając się do postaci embrionalnej.
- Będzie cholernie trudno... - wymamrotał mistrz.
sobota, 11 października 2014
„Czternaście fibul” – R.6: Wioska
Wioska
Szedł powoli. Nie widział sensu żeby się spieszyć. Lekki wiatr rozwiewał jego bujne włosy. Zmierzał w kierunku jeziora. Był w lesie. Wiedział, że za chwilę wyskoczą spomiędzy drzew znajome mu dryblasy. I tak się stało. Słyszał już lekki szum fal jeziora gdy się pojawili. Spojrzał na nich.
- Widzę, że przyprowadziliście kolegów – rzekł z uśmieszkiem – jest was nieco więcej.
- To lepiej się obejrzyj za siebie, chłopczyku... A dziś, jak widzę, nie ma twojego koleżki.
- A no nie ma. Ale mam kilku innych. To jest Marysia – wskazał na miecz u boku – dodaje mi epickości. To jest Biała Dama – na lewej dłoni uformowała mu się biała, świetlista kula – tak à propos to tą inną Białą Damę rano zażyłem. No. A to – uformował granatową kulę, którą przeszywały małe pioruny – nazwałem Piorunem Siarczystym.
- Myślisz, że nie załatwialiśmy magów? Nie jednego na nas wysłali.
- Yyy... Ten tego... Hmm... - zamyślił się rozglądając się i spostrzegając około pół setki przeciwników - Zaraz... Biała Dama rozpętuje śnieżycę, a Piorun Siarczysty to taki pocisk elektryczny... A gdyby tak je połączyć. Ten arcymag... Jak mu było? A chuj, nieważne – mamrotał pod nosem – Mówił, żeby nie eksperymentować z magią. Ale ja mam się bać? JA?!
- Co mu jest?
- Nie wiem. Sklepmy mu mordeczkę to mu przejdzie.
- A raczej się utopi...
- O tym mówię, o tym mówię...
Powoli ruszyli w jego stronę, bawiąc się broniami. Ale nie wiedzieli, że Jan jest pod wpływem Kokainy, że lęk mu obcy. Kowalski zbliżył ręce łącząc obie wytworzone kule. Coś błysnęło, po czym nastąpiła eksplozja.
*
- Ale pizdło! - rzekł zadowolony wstając z ziemi, w którą został nieco wbity mocą wybuchu. Cała okolica pokryta była półmetrowym śnieżnym puchem, zaś napastnicy porażeni prądem o niskim napięciu podnosili się z ziemi, wygrzebywali z śniegu i czmychali z powrotem w głąb lasu.
- Ło kurwa, ale pizdło. Mistrzunio by się chyba nie ucieszył widząc co narobiłem. Ale dobra. Marsz do wioski. Hej, ho, hej, ho, do wioski by się szło.
*
Wioska. Kilkanaście domów, mały port rybacki, przed nim plac. Zamieszkała przez mieszankę ludzi, krasnoludów i kilku elfów. Przy placu dwie stałe atrakcje: karczma i burdel. Na rynku obecnie kolorowo. Jak co roku właśnie był okres hucznych zabaw. Jak co roku pojawiło się i wesołe miasteczko. Był nawet diabelski młyn. Na rynku był też targ. Głównie rybny, ale nie tylko. W tym szczególnym czasie pojawiły się wszelkiego rodzaju słodycze, tak trudno dostępne dla ubogiej ludności z osady. Był też mały kramik z zabawkami. Od rynku odchodziła droga Kupiecka. Był tu sklep z futrami, sklep łuczarza, krawiec, cieśla, kowal, księgarnia i sklep alchemiczny. Do wioski prowadziły dwie bramy. Wschodnia i Południowa. Jan wszedł tą wschodnią. Miał przy sobie plan miasta i listę zadań od mistrza. Droga od tej bramy prowadziła do rynku. Kowalski wmaszerował na niego dzierżąc w lewej dłoni plan. Trzymał się prawej strony placu. Minąwszy zachęcające (podkasaniem spódnic) do skorzystania z usług pracownice domu publicznego skręcił w prawo w drogę Kupiecką. Pierwszym sklepem do którego zajrzał był sklep alchemiczny.
- A witam, witam, szanownego klienta!
- Nie klienta, a dostawcę, panie starszy. Od maga przychodzę.
- O! Od maga! Czyżby miał ucznia?
- Ta... No i?...
- Niebywałe! Niebywałe! Od dwudziestu lat nie miał ucznia! Po tym jak jego pierwszy uczeń, czterdzieści pięć... Nie... Czterdzieści sześć... Ponad czterdzieści wiosen temu przypadkowo wysadził się w powietrze, a dwadzieścia wiosen temu sam nekromanta spopielił ucznia, tak go drażnił. Ale głupi był kmiot, o głupi. Aż mu tępota z oczu patrzała.
- No i? Masz pan tu te eliksiry i dawaj pan złoto...
- Tak, tak 400 sztuk...
- Nie 400, stary oszuście, tylko 500. Mistrz ostrzegał przed panem, panie starszy.
- Coś mu się pomyliło. Jak mówię 450 sztuk i ani sztuki więcej.
- A powiedz mi pan, panie starszy... Wolisz pan poznać Marysię – poklepał dłonią po mieczu i utworzył na lewej dłoni białą kulę – czy może Białą Damę?
- Już, już, już daję. Masz tu 600 sztuk złota – rzucił na blat sakiewkę – tylko mnie nie krzywdź!
Jan szybkim ruchem rozwiązał sakiewkę i wysypał zawartość na blat. Przeliczył.
- 500 sztuk złota. Widzisz. To nie było takie trudne.
- Ależ, drogi panie! Tam było 600 sztuk, jak babcię kocha...
- ...sz pan po nocach. Wiem. 500 dla dziadka z wieży 100 dla mnie - odparł dzieląc kopkę na dwie części: mniejszą do kieszeni, większą do sakiewki – Dziękuję i do widzenia.
Kowalski, po wyjściu na zewnątrz zerknął na listę.
- Aha! Teraz do futrzaka. O tu jest ten sklep z futrami. Dobra. Wchodzę. Dobry!
- Czym mogę służyć?
- Piniędzmi za dwa tuziny króliczych futerek, pięć wilczych i dwie niedźwiedzie.
- Jak rozumiem przychodzisz od...
- ...maga. Tak.
- Ciszej! Na Prawdy Objawione i Nieobjawione. Ciszej... Chcesz żeby mnie zamknęli za kontakty z nim?
- Hmm... A więc to tak sprawa wygląda...
- Dobrze więc... Jak zawsze: skórki królicze po 10 sztuk złota, wilcze po 25, a niedźwiedzie po 200... A więc 120... 125... 400... 245... 645 sztuk złota. Daj towar. O. Dziękuję. Oto złoto. Powiedzcie mi, chłopcze, chcecie zarobić 10 sztuk złota?
- Hmm... A co trzeba zrobić?
- Zanieść te futra do krawca. A że mój parobek zachorował, a ja się ze wszystkim nie zabiorę...
- 25 sztuk złota.
- O co to, to nie! 15.
- Niestety. 25.
- Nie. 15 to moje ostatnie słowo.
- Dziękuję – machnął sakiewką – Do widzenia.
- 20?!
- 20? Zgoda. Niech będzie 20. Ale płatne z góry.
- Ech. Masz i nie drażnij mnie.
- A ładnie dziękuję.
Wzięli po kopce wyprawionych skór i futer. Niedługo później zawitali u krawca. Handlarz odebrał zapłatę i wyszedł. Krawiec zaś zwrócił się do Jana:
- Hmm... Chłopcze. Piękna kurtka... Czy mogę zobaczyć?
- 10 sztuk złota.
- Co?
- Za oglądanie mojej ramoneski życzę sobie 10 sztuk złota.
- Och. Czyżbyś pracował dla alchemika? No nic. Proszę o to 10 sztuk złota. Och! Cóż za wytworne szwy! Cóż za skóra! Kupię ją od ciebie... Za 500 sztuk złota.
- Mowy nie ma. Oddawaj pan.
- Za 700?
- Nie. Ta kurcina jest dla mnie ważna.
- 800?
- Wsadź se w dupę te pieniądze. Za 400 mogę ją wypożyczyć na pół miesiąca.
- Ach! Jak cudownie! Oddam za miesiąc.
- Za pół miesiąca.
- Ach, niech będzie i za pół. Odłożę inne projekty. Sztuka wymaga ode mnie tego.
- Pieniądze.
- Ale tak już? Nie za tydzień?
- Strasznie roztrzepany jesteś. Za dwa tygodnie się po nią zgłoszę. Ale pieniądze chcę widzieć teraz. Aha. I jeszcze dwie rzeczy. Oględziny robisz tylko zewnętrzne, żadnego prucia. No, wewnątrz z lewej strony jest rozdarta wierzchnia warstw, to tam se zerknij do środka. Druga sprawa. Dorzuć jeszcze jakąś kurcinę, bo mi zimno trochę będzie.
- Ach tak. Masz tu kurtkę z jeleniej skóry.
- Pieniądze.
- A. Tak. Twoje 500 sztuk złota.
- Miał... A, dzięki. Do zobaczenia za dwa tygodnie.
*
Jan wolnym krokiem wszedł do zamaskowanej jaskini. Kostkę miał zapakowaną po brzegi. Unosił się z niej swąd ryb, tłumiąc zapach świeżego pieczywa. Przystanął. Złożył ręce. Przymknąwszy oczy wymamrotał formułkę zaklęcia. Część podłoża groty zaczęła jarzyć się na czerwono oświetlając lekko okolicę. Ruszył naprzód wymijając ją. Dotarłszy na koniec jaskini, do małej skalnej komnaty, obrócił się i znów wymruczał magiczne zaklęcie. Jaskinię znów opanował mrok. Wszedł po niezwykle wysokiej drabinie. Na końcu uniósł lekko ciężką pokrywę. Prześlizgnął się przez powstałą szczelinę. Stanął przy łuku drzwiowym prowadzących na zewnątrz. Uniósł ręce w górę i powiedział zaklęcie. Obrys framug i progu zaczął świecić intensywnym błękitnym światłem. Kowalski wkroczył w łuk. Natychmiast teleportował się do łuku drzwiowego piętro wyżej, przy komnacie nekromanty.
- Zawiodłem się na tobie, mój uczniu – usłyszał nim zdążył drgnąć.
- Ładne powitanie, dziadku...
- Zakazałem ci eksperymentować z magią.
- Skąd wiesz?
- Wydzielasz dużo energii magicznej. Nawet słaby czarodziej by wyczuł, kiedy używasz mocy.
- No i?... Dziadku, mogłem używać i zaklęć, których mnie nauczyłeś.
- Widzisz... I tym się różnię od słabych magów. Żeby zostać arcymagiem musiałem nauczyć się tyle rodzajów magii, ile nie jesteś w stanie wymienić.
- No w to nie wątpię. Bo nie wymienię, dziadku, żadnego.
- Jesteś bezczelny i nie okazujesz szacunku. Gdybyś był nowicjuszem u innego mistrza leżałbyś, w najlepszym wypadku, wychłostany i przepraszał bogów za swe winy.
- No ale nie jestem nim.
- No właśnie... Twoje szczęście, że zamierzam cię wyszkolić na dobrego maga. A nie na wzór cnót.
- Dobra, dobra dziadku. Lepiej mi powiedz skąd wiesz o...
- Widziałem jak połączyłeś „małą błyskawicę” z „małą burzą typu 2”.
- To wiem, dziadku, wiem. Ale jak?
- W kuli.
- Jakiej kuli? Takiej cygańskiej?
- Z jednej z siedmiu kuli proroków.
- Dobra, dziadku. Więc jaka kara?
- Żadna. Sam byłem taki jak ty. Dlaczego mam cię karać? Ledwie dwa dni tu jesteś, a już umiesz kilka zaklęć. Zadziwiająco dużo jak na kogoś, kto wypierał się jakiejkolwiek znajomości magii... A to zależy od wielu czynników. Mógłbym ci zabronić wielu rzeczy, karać cię, sprawiać ból. Ale osłabienie twojej psychiki lub ciała wpłynęłoby negatywnie na tempo zdobywania i doskonalenia umiejętności.
- Bomba – odparł bawiąc się zapalniczką Zippo.
- Widzę, że się rozumiemy. A teraz siadaj przy stole i czytaj – rzekł gładząc jedną z opasłych ksiąg leżących na blacie. - Do wieczora masz to przyswoić.
- I ktoś tu mówił, że nie będzie kary...
---
Archiwalne komentarze z poprzedniego adresu:
Subskrybuj:
Posty (Atom)