sobota, 5 grudnia 2015

„Czternaście fibul” – R.9: Iluzja

Iluzja
    Łódka łagodnie unosiła się i opadała kołysana falami zatoki. Rozmowa nie kleiła się. Zresztą starzec – siwy krasnolud – nie chciał rozmawiać. Lubił ciszę. A poza tym miał wielką gulę w gardle. Bał się. Siedział zgarbiony na ławeczce miętoląc nerwowo w rękach brudną szmatę. Pilnował wędek. Nie liczył na dobry połów. Nie liczył na jakikolwiek. Od miesiąca nikt nic nie złowił. Właściwie to nie tyle nikt nic nie złowił, co nikt nie wrócił z morza.
    Stary spojrzał spode łba na współtowarzysza. Młodzieniec leżał na dziobie łódki oparłszy głowę na złożonych pod nią dłoniach. Powoli przeżuwał kawałek drewienka wystający z lewego kącika ust. Długie, nieco przetłuszczone, włosy związane miał z tyłu głowy. Sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego, wręcz rozkojarzonego. Przymknięte oczy, głęboki, równy oddech sugerowały nawet, że śpi. Ale nie spał.
   Siwy wybełkotał przekleństwo pod nosem. Nie zniósł napięcia. Stłamsił szmatę w dłoniach. Cisnął ją na dno łódki i burknął do młodzika:
- Panie Janie... Na pewno, kurwa, nie chcecie się nic dowiedzieć... O tym?
    Nie spodobało mu się to.
    „O!” - pomyślał. – „Teraz to paniczu. A wcześniej to się z całą resztą ze mnie naigrywał, jak się podejmowałem zadania. Wieśniak”.
- Nie – odparł powoli nie zmieniając pozycji.
    Nie chciał słyszeć znowu kolejnych opowieści o potworach morskich, wirach, piratach, czy nie wiadomo o czym innym. Pół wioski gadało o tym. I było tyle wersji ilu mieszkańców. Dwa dni spędził w osadzie słuchając wszelkich teorii. W końcu – bądź co bądź pod wpływem „białej damyale jednak zadeklarował się, że problem rozwiąże. Słowo się rzekło i trzeciego dnia wypłynął ze starym krasnoludem w morze. Siwy śmierdział rybami i nie tylko, wiercił się i raz po raz, zatykając jedną z dziurek w nosie wysmarkiwał się wprost na pokład. Ale Jan Kowalski nie mógł narzekać. Tylko ten starzec miał odwagę wypłynąć w morze i pokazać gdzie zazwyczaj odbywa się połów ryb – miejsce, przez które wielu zaginęło.
    Milczeli więc dalej.
*
- Dobra krasnal. Już zmierzch, a tu się nic nie wydarzyło. Wracajmy – rzekł Jan i wypluł resztki drewienka za burtę.
- Jak sobie panicz życzy... - starcowi ulżyło, koniec narażania życia.
    Kilkoma sprawnymi machnięciami wiosłem siwy rybak zawrócił łódkę i... zamarł.
- Co jest, krasnal? Wiosłuj! Ja ci nie pomogę.
- Kiedy paniczu, lądu, kurwa, nie ma...
- Jak to, kurwa, lądu nie ma?! - ryknął Jan obracając się. - O, kuźwa... Nie ma... Przecież jeszcze niedawno był na horyzoncie. Głupku! Miałeś pilnować. No i zniosło nas.
- Ależ, kurwa, paniczu...
- No nie, chuj z tym. Płyń w stronę słońca, w końcu ląd jest na zachodzie.
*
- Spokojnie krasnal... Masz bucha, to cię uspokoi.
- Ale, kurwa, płyniemy już kilka godzin. Nawet jeślibyśmy oddryfowali, to nie tak kurewsko daleko!
- Phi, narzekasz! - odparł stając na samym dziobie. - Patrz! Jest i coś.
- Nie stawaj paniczu, kurwa, tak na dziobie, bo wypierdolisz się jeszcze za burtę... Ech. Prawie pół kurewskiego wieku już pływam po tych wodach i, kurwa, ręczę, że ten brzeg to ja widzę po raz pierwszy.
- E! Krasnal. Ciemno jest, źle widzisz.
- Pff. Ciemno. Pierdolenie, kurwa panicza jebana mać. Może wy ludzie nic nie widzicie, ale nie my, krasnoludy. My widzimy w ciemnościach prawie jak gnomy.
- Gdybym, krasnal, wiedział jak gnomy widzą. A! Nieważne! Ważne, że jest ląd. Nieważne jaki. Nogi rozprostujemy. Ja tam się cieszę krasnal.
- Obyś miał, kurwa, rację paniczu. Obyś miał kurewską rację...
*
- Dalej panicz, kurwa, się nie martwi? - W żadnym razie krasnal – odparł Jasiek. Skłamał. Krążyli już od paru godzin po nieznanym terenie. Zegarek na ręku Kowalskiego wskazywał jedenastą rano, a wciąż było ciemno. A nie powinno być. Do tego zgubili się. Albo ich łódź znikła. Nie byli pewni. Nagie skały wybrzeża wyglądały wszędzie podobnie. Początkowo przechadzali się wybrzeżem tam i z powrotem – czekając na świt. Gdy zgubili łódź ruszyli wzdłuż nabrzeża. Wgłąb lądu się nie zapuszczali.
*
    Roślinność dalej od morza ich zaskoczyła. Była tropikalna. A jeszcze dzień wcześniej stąpali po śniegu. Wciąż ciemno. Wciąż było ciemno.
*
    Dzień trzeci. Przynajmniej tak wskazywał zegarek Jana. Głodni i wciąż w ciemności. Szli milcząc. Otaczała ich gęsta dżungla. Zewsząd wokół rozlegały się odgłosy wyjców. Z daleka słychać było od czasu do czasu pokwikiwania guźców, z rzadka warknięcie dzikiego kota. Nagle coś żółtego przemknęło tuż obok metala. Odruchowo przygniótł to glanem. Za późno. Jaskrawożółty wąż zdążył zatopić zęby w nodze krasnoluda, nim śmiercionośny bucior zmiażdżył głowę gada. Toksyny były silne. Starzec zachwiał się i osunął na ziemię. Cichy, ponury jęk wyrwał się z jego piersi.
- Kurwa – rzucił przez zęby Jan.
    Złapał krasnoluda za ramiona i lekko potrząsnął. Ten spojrzał na niego gasnącymi oczyma i wyszeptał:
- Nie takie, kurwa, rzeczy mnie...
    Nie dokończył. Skonał.
*
    Stracił rachubę. Był drugi, może początek trzeciego tygodnia. Czuł się już lepiej. Objawy poodstawieniowe nie były już tak silne jak wcześniej. Przez kilka dni, a może godzin – sam nie był pewien – nie kontaktował, krążył po dżungli nie wiedząc co się z nim dzieje. Ale teraz było już lepiej. Był sam – nie musiał ukrywać znajomości prostych czarów. Piekł właśnie nad ogniskiem telekinetycznie uduszonego wyjca. Wokół panowała ciemność. Niedaleko płynął strumień. Jego szum częściowo zagłuszał odgłosy krewnych pieczeni. Spojrzał na zegarek. Wskazywał trzecią – nie miał pojęcia czy popołudniu, czy nad ranem. Okienko pokazujące dzień miesiąca zacięło się pomiędzy dwoma liczbami. Westchnął i wstał. Podszedł do ogniska. Wyjął scyzoryk z kieszeni. Odkroił kawałek golenia małpy. Skosztował. Był obrzydliwy, choć niewątpliwie upieczony. Zresztą Janko nie był wybredny. Podszedł do kostki i wyciągnął z niej duży, zwinięty liść nieznanej mu rośliny. Rozwijając go wrócił do mięsa. Kilkoma uderzeniami dobytego miecza odciął małpią nogę. Wsadziwszy oręż pod pachę zawinął oderżnięte mięso w liść i podszedł do drzewa, obok którego spoczywała jego kostka. Odłożył pakunek z jedzeniem obok plecaka, a miecz wbił w ziemię. Usiadł. Oparł się o drzewo plecami. Wygrzebał z kostki kilka mango, pomarańczy i kiść bananów – lekko napoczętych – były przynętą na wyjca. Rozpoczął posiłek.
- Ale miałem zajebisty pomysł z tym liściem – powiedział do siebie. - Nareszcie mięso czyste, nie upierdolone ziemią, jak kilka ostatnich razy. Ale smakuje i tak samo obrzydliwie. Szkoda, że nie natknąłem się na guźca. Ech no nic. Zjem i to paskudztwo. Ciekaw jestem czy to smakuje jak ludzkie mięso. Niby taki małpiszon powinien smakować podobnie. Zawsze nurtowało mnie jak smakuje człowiek...
    Istotnie tak było.
*
    „Kwadrans po dziesiątej” - pomyślał. - „Pora wstać.”
    Sięgnął na bok. Szukał kostki. Nie znalazł jej.
- Kurwa, no tak. Ogarnij się Jasiek, kurwa ogarnij. Od kilku tygodni jej nie masz – mruknął gładząc się po zarośniętym podbródku.
    Istotnie. Zgubił kostkę i górę ubrania. Podszedł do na wpół przepróchniałego drzewa. Wyciągnął zeń ukryte resztki ostatniego posiłku. Posilił się, po czym zebrał manatki i ruszył w kierunku szumiącego potoku. Podążał do niego od dawna. Choć jednak słyszał go wyraźnie, to pomimo starań nie mógł do niego dotrzeć.
    „Ok.” - pomyślał. - „Dojdę do strumyka i pójdę wzdłuż niego. Musi doprowadzić mnie na nabrzeże. W tej kurewskiej dziczy nic nie ma. Dobra. Słyszę go jakby wyraźniej... Zbliżam się. I widzę jakby nieco lepiej. Czyżby świtało? Nareszcie. Zaraz? Co to było? Czyżby ktoś tam był?”
    Przystanął. Przezornie przykucnął. Wsłuchując się w odgłosy powoli, na czworakach, wszedł w gęste krzaki.
*
- Witaj – dobiegł melodyjny głos. – Nie bój się. Chodź do nas.
    Półnaga postać o mocno zarośniętej twarzy wygramoliła się z krzaków na skraju lasu. Przeszła dwa zamaszyste kroki w kierunku dobiegającego głosu, po czym zatrzymała się. Rozejrzała się. Była na polance obfitującej w rośliny o kwiatostanach o szerokiej balecie barw oraz trawach i mchu o głębokiej, mocnej zieleni. Mieniło się na niej w promieniach wschodzącego słońca niewielkie jeziorko, zasilane przez wąski wodospad spadający z niewysokiej kaskady. U jego podnóży wesoło pląsało się kilka nagich, niezwykle urodziwych dziewcząt. Na przeciwległym brzegu pasło się kilka śnieżnobiałych jednorożców. Jeden z nich, przerwawszy pojenie się chłodną wodą z jeziorka, zaciekawiony przyglądał się nowo przybyłej postaci. Z nie mniejszym zainteresowaniem zerkały na nią kąpiące się dziewczęta. Jedna z nich nie brała udziału w pląsach. Tafla jeziora sięgała jej do bioder. Zwrócona ku intrygującej wszystkich półnagiej postaci rzekła znów, wyciągając w jej kierunku dłoń:
- Nie bój się. Jesteśmy nimfami leśnymi. Chodź do nas. Czekamy.
    Postać jednak nie drgnęła. Wpatrywała się w nimfę, która dostrzegając brak innej reakcji mówiła dalej:
- Kim jesteś? Jak cię zwą?
- Jan – odparła postać po chwili chrapliwym, wysuszonym głosem. - Nazywam się Jan.
- A więc chodź do nas, Janie. Chodź, zabawimy się.
- Zabawimy? - odparł nie mogąc oderwać wzroku od jędrnego biustu nimfy.
- Tak...
    Melodyjny, piękny głos, wilgotna dłoń delikatnie sunąca po mostku i druga, tajemniczo znikająca pod taflą wody nie dały długo czekać na rezultat. Ruszył.
*
    Był zadowolony. Wreszcie ogolony, porządnie najedzony. Do osady przybył w obstawie sześciu nimf. Droga mu się podobała – tak krótka i długa zarazem, prosta, niewymagająca, a jednak męcząca – głównie na postojach – z ścieżką wyraźnie widoczną, z której wciąż zbaczali. Leżał na macie w chatce przykrytej strzechą. Ściany miały konstrukcję plecionkową.
    „Chwila, zaraz...” - naraz coś go tknęło. - „Co jest, kurna? Najpierw dżungla, potem jeziorko, potem las, osada i... Znowu ciepło jak w dżungli? I te ściany z bambusów...”
    Rozmyślania przerwało skrzypnięcie drzwi. Stanęła w nich naga nimfa. Urodą nie ustępowała wcześniej poznanym. Była od nich nieco starsza, dojrzalsza, ale wciąż młoda. Jej kasztanowe włosy sięgały po biodra.
- Wy zawsze chodzicie gołe? - zapytał się Jan siadając.
    Kobieta skinęła głową. Podeszła do maty i stanowczym ruchem położyła go z powrotem. Pochyliła się i pocałowała go w usta. Uklękła.
- Zajebiście – rzucił gładząc ją poniżej krzyża.
*
    Wyszła bez słowa. Jan z rozkoszą spojrzał w sufit, wkładając dłonie pod głowę. Był zmęczony. Senny. Nagle obraz przysłoniła mu twarz. Piękna twarz młodej dziewczyny. Wtedy dopiero spostrzegł, że w szerokim rozkroku stoi nad nim nagie dziewczę o jasnych blond włosach. Nimfa położyła się na nim i zaczęła gładzić jego tors. - Poczekaj no, złotko – rzekł łapiąc ją za ramiona.
- Może na dziś już wystarczy? Jestem potwornie zmęczony i...
    Nie dokończył. Jego słowa przerwał namiętny pocałunek. Zawahał się. Jednak stanowczym ruchem zsunął ją z siebie.
- E! Mała. Powiedziałem. Na dzisiaj dość.
    Dziewczyna wstała. Dostrzegł w jej oczach błysk. Była zdenerwowana. Przyjrzał się jej. Była młoda – ocenił ją na jakieś piętnaście, szesnaście lat. Miała błękitne oczy. Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi.
- Poczekaj! – krzyknął siadając. – Mała, poczekaj. Może umówimy się gdzieś na jutro, co?
    Wyszła.
-Kurwa... – syknął przez zęby. – No nic. Chuj. I tak jest fajnie. Szkoda tylko małej. Ale tam. I tak była za młoda. Na chuj ja to mówię do siebie?
    Położył się. Spróbował zasnąć – nie dane mu było. Poderwał się na równe nogi gdy przez drzwi wbiegły dwie nagie, bardzo umięśnione kobiety. Dopadły i obezwładniły. Skrępowawszy mu kończyny wyniosły go na zewnątrz. Niosły go przez osadę. Rozglądał się.
- Same baby – wyszeptał.
    Nie widział dokąd go niosą. Obserwował trasę przebytą. Nagie nimfy, wszystkie o włosach jasnych blond lub kasztanowych – czasem z nutką zieleni – uśmiechały się na jego widok, czasem któraś nawet pozdrowiła go machnięciem ręki, czy mijane blisko pocałunkiem – jakby nie zwracały uwagi, że jest ubezwłasnowolniony i wynoszony wbrew własnej woli.
    Nagle zatrzymały się. Usłyszał skrzypnięcie zawiasów. Wniosły go do dość obszernej klatki solidnie skleconej z bambusa. Cisnęły na drewniany blat. Rozwiązały go, po czym przymocowały skórzanymi pieszczochami – przytwierdzonymi w odpowiednich miejscach do blatu – w pozycji z kończynami rozpostartymi niczym człowiek witruwiański wpisany w okrąg.
- Co jest, do chuja wafla?! - wydarł się.
    Siłaczki wyszły. Za nie weszło młode, dziewczę o blond włosach i błękitnych oczach.
- Heh. To ty, mała? Czyli dopięłaś swego złotko, co?
Powoli podeszła. Stanęła w rozkroku nad nim. Położyła się na jego ciele i zaczęła gładzić po torsie.
- Jakżeby inaczej... – wyszeptał.
*
    Obudził się. Było ciemno. I chłodno. Za chłodno jak na tropikalną dżunglę.
- Co jest, do cholery? - mruknął. 
   Szarpnął się. Nic to nie dało. Wciąż był unieruchomiony. Ale czuł, że więzi go co innego niż kawałki skóry – metalowe kajdany.
- Zbudź się – znajomy Janowi głos rozległ się z pogłosem po pomieszczeniu.
- Mama?... - bezgłośnie poruszył wargami.
*
    Do jego oczu dotarło światło. Czerwone światło. Oślepiło go.
    Buchnęło gorące powietrze.
    Poczuł ból. Poczuł ogień. Płonął.
    Wszystko otaczała lawa. A on w niej...
*
    Upadł na kolana. Podparł się ręką. Pod dłonią wyczuł ostre kamienie. Przetarł oczy. Podniósł się z trudem.
    Wybrzeże. Znał je. To tu. Tu się zaczęło piekło.
    Rozejrzał się. Był dzień. Słoneczny, ciepły.
    Łódka spokojnie kołysała się na wodzie, tuż przy brzegu. Odwrócona plecami siedziała w niej niska, siwa postać.
- Co jest? Co ja tu robię? Czyli tamto wszystko to był sen? Odpowiedz! Przecież widzę, że jesteś w łódce. Krasnal... - powiedział podchodząc.
    Odskoczył gwałtownie przerażony. Łódka wypełniona była jaskrawożółtymi wężami i zwłokami krasnoludów – a raczej truchłami jednego krasnoluda – w różnym stadium rozkładu.
    Jan obrócił się na pięcie i pobiegł. Szybko. Nie oglądał się za siebie. Wbiegł do dżungli. Opanowała go ciemność. Nie zwrócił na to uwagi. Biegł. Potknął się. Usłyszał odgłos dartego materiału Były to jego jeansy. Zorientował się, że jest ubrany w nie i t-shirt. Był boso.
    Wstał. Struchlał. Zorientował się, że potknął się o ciepłe jeszcze zwłoki krasnoluda. Wokół jego nóg wił się jaskrawożółty wąż. Wpatrywał się w Jana. Zaatakował. Zęby zatopiły się w pięcie Kowalskiego.
    Janko poczuł potężny zawrót głowy. Zemdlał.
*
    Obudził go szmer wody. Był poranek. Rozejrzał się. Po wężu i truchle nie było śladu. Wstał powoli i ruszył w kierunku szumu potoku. Poznawał okolicę. Był tam. Przystanął za drzewem. Wychylił się. Ujrzał sześć nimf o blond włosach bawiących się w jeziorku u stóp małego wodospadu. Brodaty, długowłosy młodzieniec powoli szedł w kierunku jednej z nich.
- Nie! – krzyknął Jan wyskakując zza drzewa.
    Głos zabrzmiał dziwnie dziecinnie. Zorientował się, że nie jest już w dżungli, a w swoim pokoju, w swoim bloku w Krakowie.
- Kazałem ci siedzieć cicho!
- Tata? Co ty tu robisz?
- O co ci, Jasiek, chodzi?
- Tato, przecież odszedłeś z domu jak miałem osiem lat!
- Jasiek, nie wkurwiaj mnie! Ty masz osiem lat.
- Co?
    „Lustro” - pomyślał Janko. - „Łazienka, muszę przejrzeć się w lustrze”.
    Pobiegł w kierunku drzwi pokoju. Silny uścisk ojcowskiej dłoni na ramieniu zatrzymał go w miejscu.
- A dokąd to się, kurwa, wybierasz?! - ryknął rodzic Jaśka ciskając nim na środek pokoju.
    Junior Kowalski wywrócił się na tyłek. Poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Dziecięcy instynkt nakazywał uciekać, ukryć się. Szybko. Nim ojciec wyjmie do końca pasek ze spodni.
    „Przecież ja mam ponad dwadzieścia lat.” - pomyślał Jan - „Nie będę beczał jak dziecko, tylko dlatego, że fizycznie nim jestem, a ojciec chce mnie zlać. Zresztą już sobie przypominam tę sytuację. Tylko wtedy chciałem uciec do mamy, nie kibla. Tak pamiętam to zdarzenie. Ostatni kontakt z ojcem. Uderzy mnie w prawy policzek z liścia, a potem pasem... Teraz!”
- Unik? To jakaś nowość. Zobaczymy czy tego unikniesz!
- Zostaw go! - drzwi gwałtownie otworzyły się i stanęła w nich matka Janka.
- Ty chora szmato... - senior Kowalski zamachnął się na nią pasem.
    Junior odruchowo ułożył odpowiednio dłonie wykrzykując zaklęcie. Potężne uderzenie wiatru pchnęło ojca Janka na ścianę, a pomieszczenie wypełniło jasne światło.
*
- Koniec. Na dziś wystarczy. Wstawaj – rzekł nekromanta.
- Co? Gdzie ja jestem? - odparł Jan podnosząc się z łóżka.
- W wieży. Cały czas tu byłeś.
- Co ty gadasz dziadku? A łódka? Dżungla? Nimfy? I cała reszta?
- To? To mała demonstracja. Od jutra zaczynamy naukę magii iluzji. Ale najpierw musiałeś spędzić trochę czasu we własnej halucynacji. Zanim zaczniesz używać danego czaru...
- …musisz go poznać, wiem dziadku, wiem.
- Nie przerywaj mi. Poznałeś nowe zaklęcie połowicznie, gdy rzuciłem na ciebie czar. Jutro przyprowadzisz jakiegoś głupca z wioski. Musisz zobaczyć jak się zachowuje również ofiara zaklęcia podczas jego działania.
- Halucynacje? Dziadku! LSD tak dobrze nie działa, jak te twoje czary-mary. Pytanie tylko jak sprawić, żeby fragment z nimfami trwał przez większość czasu...
- To nie zabawa.
- Spoko, dziadku, spoko. Nie denerwuj się.
- Żebyś nie zrobił nic głupiego zaczniemy jednak teraz.
- Ale nuda... Po co?
- Siadaj. Po pierwsze i najważniejsze: nigdy nie rzucaj tego zaklęcia sam na siebie. Chyba, że chcesz być pod jego wpływem do końca życia. Krótkiego zresztą. Halucynacje są wyczerpujące bardziej dla maga niż ofiary. I jeśli byś to zrobił nie mógłbyś kontrolować wizji. Może tego dokonać jedynie przytomny mag, który czar rzucił. Podobnie jak ma częściowy wpływ na przebieg wizji i częściowo może je zobaczyć.
- Mam ci, dziadku, podziękować za nimfy, czy po prostu walnąć za to, że zafundowałeś sobie pornola moim kosztem?
- Jeśli chodzi o nimfy, to idź upierz portki.
- O, szlag...

niedziela, 29 marca 2015

„Czternaście fibul” – R.8: Trening, dzień 1

Trening, dzień 1
    Twierdza Ludzi Pustyni. Północny kraniec pustyni Nuha. Dwa dni drogi na południe od Miasta Złodziei. Trzy na północny-zachód od Oazy, miejsca zamieszkanego przez Dzieci Pradawnej Trzynastki. Twierdza ta, zamek z zabudową dookolną i murami wysokimi, posiada dość specyficzne budowle. Znajdują się tu, prócz mieszkań wojowników, elit i baraków dla więźniów budynki sportowe: gymnasion, palestra, arena, stadion oraz basen. Ponadto jest tu łaźnia, kuchnia i stołówka dla uczniów wyższych stopniem.
Dziennik XXIV, dzień 1
    Dzień pierwszy. Poranek. Wczoraj dostarczono nowy towar – dziewięciu dość dobrze wytrenowanych jeźdźców, kupca z synem, pięciu ich sług. Ponadto dwoje podróżnych z dalekich stron – ją spędzono do łaźni, by przegotować wraz z innymi kobietami dla naszego przywódcy – Hussein Husam Makina, jego zaś przydzielono do mojej grupy, posobnie jak dziedzica kupca. Prócz nich do mojej grupy przydzielono: Baracka i Nyokę ze wschodu oraz niewolników z wioski przy oazie: Abdula, Umara, Izz Udina, Imad Udina, Mansara i Azama. Nakazano mi wytrenować ich na dziesięciu silnych gladiatorów. Oglądałem wczoraj syna kupca. Ledwo porusza się o własnych siłach. Będzie z nim ciężka przeprawa. Dziś idę do tego podróżnego. Słyszałem, że jest pyskaty. Nie bał się Abdullaha. Może o nim nie słyszał? Nie wnikam. Ale ponoć jest twardy. Sam Abdullah wrócił wczoraj zły. Podróżnego bito grubym rzemieniem czterdzieści razy i nie prosił o litość. Dziś idę obejrzeć resztę grupy. Pierw udam się do celi podróżnego i Baracka.
    Wczesne popołudnie. Odwiedziłem całą grupę. Jest dość zróżnicowana. Syn kupca do niczego się nie nadaje. Pochwyceni przy oazie są wynędzniali, chudzi i wątli. Za to bardzo posłuszni i wiedzą co ich czeka – w końcu są miejscowi, oaza leży niedaleko i niejednokrotnie ją najeżdżaliśmy. Jeden z nich, Umar, jest barczysty i nieco lepiej odżywiony. Barack jest potężnie zbudowany, umięśniony. Ponadto opanowany i rozsądny. Już wiem, że uczynię go przewodniczącym grupy. Nyoka jest typowym długodystansowcem. Mocno zbudowane nogi, gorzej tors i ramiona – do wyćwiczenia. Będę musiał na niego uważać. Jest dość nerwowy, gotowy uciec, a zdolny do przebiegnięcia pustyni i bez zapasu wody. Podróżny zaś, Kain, jest krnąbrny, pyskaty jednak ma jedną zaletę. Nie boi się. Przez to trening będzie trudny, ale efekt może być zacny. Kazałem ich przekwaterować. Tam gdzie zawsze. Kazałem pierw jednak zmodernizować meble. Konkretnie piętrowe prycze. Tym razem pojawiły się dwa łóżka trzypiętrowe i dwa dwupiętrowe. Syn kupca i Kain jako najgrubsi zajmą najwyższe prycze. Drugie kondygnacje przeznaczam dla Nyoki, Abdula, Mansara i Azama. Dolne prycze zajmią Barack, Izz, Imad i Umar. Zmusi to Kaina i Saula do spalania tłuszczu. Nyoka codziennie będzie miał dodatkowy trening mięśni rąk i piersiowych. Umar i Barack jako najlepiej zbudowani nie potrzebują dodatkowego treningu. Resztę rozmieszczam losowo. Późne popołudnie. Pierwszy trening...
*
    Stadion. Dość nietypowy – nie posiadał trybun. Bieżnia była typowa: prostokąt z półokręgami zamiast krótszych boków. Wejście było od południowej strony, na środku jednego z dłuższych boków. Wychodząc przez nie wchodziło się do niewielkiego boksu, z którego było wyjście na na plac przez południową ścianę. Późne popołudnie. Z boksu zostało wprowadzonych, przez dwóch młodych wojowników, dziesięciu nagich młodzieńców. Nagrzany piasek piekł ich w stopy. Przed nimi stanął umięśniony mężczyzna w średnim wieku. Poznali go już wcześniej. Każdego z nich obejrzał. Jak towar, czy konia wyścigowego. Później towarzyszył im w drodze na stadion. Młodzi wojownicy pokłonili mu się i powoli, bez słowa wyszli. Pozostali w milczeniu wpatrywali się w niego. On zaś milczał dłuższą chwilę, wertując ich wzrokiem. Wreszcie zatrzymał wzrok na najgrubszego z nich i powoli rzekł:
- Tragedia.
Sześciu młodzieńców opuściło wzrok. Widać było po nich stres. Bali się. Wiedzieli co ich czeka. Najgrubszy z dziesiątki nie kontaktował. Upał i dystans, który musiał pokonać o własnych siłach dał mu się we znaki. Potężnie zbudowany ciemnoskóry mężczyzna spokojnie patrzył. Słowo nie wywarło na nim wrażenia. Dwaj pozostali młodzieńcy spojrzeli na mężczyznę z nienawiścią.
- Tragedia – powoli powtórzył wpatrując się tym razem w rudowłosego młodzika.
- Odwal się – wycedził przez zęby zaczepiany.
    Przypłacił to sierpowym w lewą skroń.
- Zapamiętajcie to. Wszyscy.
- Dobrze, panie...
- Zapomnij, Azam. Nie jesteś już śmieciem, którym pomiata pan. Teraz pomiatam tobą ja. Mistrz.
- Przepraszam, mistrzu.
- Dobrze. A teraz pomóż wstać Kainowi.
- Dobrze... - odparł i podszedł do krwawiącego chłopaka.
- Tyle?! - mężczyzna wycedził przez zęby zasadzając siarczystego kopniaka w siedzenie Azama.
- Przepraszam, mistrzu, przepraszam.
- Więc?
- Dobrze, mistrzu, pomogę mu, mistrzu...
- To też zapamiętajcie – rzekł, po czym dodał półszeptem kładąc dłoń na ramieniu Kaina – A ty wstrzymuj język jeśli nie chcesz mieć kłopotów.
- S p i e r d a l a j – wycedził przez zęby rudy.
- Myślisz, że twardy jesteś?... – rzekł klepiąc go po ramieniu, po czym dodał głośno do wszystkich – Podziękujcie Kainowi, że zamiast trzech pobiegacie dzisiaj pięć godzin. Jazda!
*
    Łaźnia. Niewielkie pomieszczenie, dwa rzędy ław naprzeciw siebie. Cała obłożona kaflami pokrytymi jasną, nieprzeźroczysta glazurą. Dziewiątka młodzieńców. Większość wpatrywała się w Kaina ze złością. Wreszcie Umar rzucił:
- I co ruda pało? Dobrze się czujesz? Fajnie się biegało dwie nadprogramowe godziny?
- Ja je przynajmniej wytrzymałem, pajacu!
- Od tygodnia Umar, podobnie jak reszta z nas znad oazy, nie miała nic w gębie więc zamknij ryj.
- W dupie to mam, Izz!
- W dupie to zaraz będziesz miał co innego!
- Zostaw go, Azam! Dobrze, że się postawił. Chciałem zrobić to samo.
- Zamknij się, czarnuchu! Widać po tobie, że lubisz biegać, więc ci to nie przeszkodziło.
- Weź się od niego odwal Abdul. Nyoka ma imię. I nazwałbyś go grzeczniej Murzynem, czy Afroamerykaninem, a nie...
- Afro, co? Co ty bredzisz, ruda pało?
- Spokój!
    Umilkli. Spojrzeli na Baracka. Jego spokojny, ale stanowczy ton kazał im się zamknąć.
- Nie widzicie, że mistrz specjalnie chciał, żeby wszyscy rzucili się na Kaina? Wiedział w jakim jesteście stanie i nie lubi jak mu się ktoś sprzeciwia. Ja byłem wczoraj w celi z Kainem. Pomimo, że był świeżo wybatożony i ledwo się ruszał, postawił się mistrzowi. Dziś znów dwa razy. Chciał go nauczyć pokory. Nie. Nie, Umar. Nie naszym kosztem. Widzicie... Jak szliśmy na arenę, to pamiętacie? Mistrz kazał Saulowi nieść wszystkie swoje rzeczy. Na górze położył jakieś notatki. Nie wziął pod uwagę, że Saul może umieć czytać. Jak zaczęliśmy bieg, porozmawiałem z nim. Mówił wtedy, że te notatki co je niósł to była rozpiska dzisiejszego treningu. Saul twierdził, że było tam napisane, że bieg ma trwać pięć godzin, nie trzy...
- Wybacz nam, Kain. Nie wiedzieliśmy.
- Spoko, Umar.
- Co to „spoko”?
- „Spoko”? To samo co „dobrze”. Ale lepiej tak nie mów do „mistrzunia”.
- Spoko, Kain.
- Ciekawe co u Saula – po chwili ciszy rzekł Kain.
- Szkoda go. Pół godziny nie biegaliśmy, a on zemdlał.
- Prawda, Abdul... Miejmy nadzieję, że przeżyje. Zresztą przydałby się nam. Umie czytać. A to może się nam przydać.
- Ej, Barack. Ja też umiem.
- Kim ty jesteś, Kain? Kupcem? Księciem? Kapłanem?
- E!... Gdzie tam, Izz. Tam skąd pochodzę wszyscy to potrafią.
- Gadasz głupoty. Nie istnieje takie miejsce.
- Na tym świecie nie, ale...
- Bogowie... Jesteś magiem? I dałeś się złapać?
- Nie, nie jestem magiem Izz. Można powiedzieć, że „magowie” mnie przenieśli do tego świata. Ja się staram wrócić.
- Tak? A masz jakiś dowód?
- Czy ja mam dowód?... Niech ja pomyślę, Abdul... Tak! No jasne! Spójrzcie. Zostawili mi zegarek.
- Co to jest zegarek? Że zegar? Przecież zegary są za duże, żeby mieć je przy sobie... Więc co to jest ten zegarek?
- To! Widzicie? Na mojej ręce! Pokazuje czas.
- Czas! Nareszcie coś mądrego mówisz, Kain! Masz rację. Koniec czasu! Ubierać się i do celi! O świcie macie być na nogach. W celi macie posiłek – usłyszeli wraz z odgłosem otwierających się drzwi.
- Mistrz... - wyszeptał Mansar.
- Ty, nie masz pojęcia o mądrości! Gdybyś wiedział ile...
- Kain, daj spokój.
- Masz rację, Barack. Nie będę tracił na niego czasu.
- Cóż. Znów możecie podziękować Kainowi. Jutro będziecie dłużej trenować.
- Już nie żyjesz, Kain... - wycedził przez zęby Nyoka, mrugając jednocześnie okiem, lewym, nie widocznym w tym momencie dla mistrza.
*
Dziennik XXIV, dzień 1
    Późne popołudnie po późny wieczór. Przed treningiem musiałem ukarać za nieposłuszeństwo Kaina, podróżnika z zimnych krain. Trening nowych zacząłem standardowo od pięciu godzin biegu. Już tu zaczęły się spore kłopoty. Niewiele ponad kwadrans wystarczył, by zemdlał gruby Saul. Od trzeciej do czwartej godziny musiało zejść pięciu miejscowych. Ostatni z nich, Umar padł pół godziny przed końcem. Reszta dotrwała do końca. Szczerze mówiąc zaskoczyło mnie, że Kain dotrwał. Jest gruby, a jego cera wskazuje na małą odporność na gorąco, którego dziś nie było brak. Ponadto wczoraj został srogo wybatożony, a dzisiaj karany już dwukrotnie. Ledwie godzinę temu obudził się Saul. Dostał posiłek i wysłałem go do celi. Dopilnowałem, żeby poradził sobie z wejściem na swoją pryczę. Standardowo pytał się gdzie jest drabinka. Dopiero jak go wyśmiałem pojął, że ma sobie radzić bez niej. Za chwilę pójdę do łaźni po uczniów i zaprowadzę ich do celi.
*
    Cela. Przy małym, drewnianym, na wpół przepróchniałym stoliku, ustawionym pod zakratowanym okienkiem, były dwa krzesła. Jedno zajmował tęgo zbudowany Murzyn, drugie rudy chłopak. Drugi czarnoskóry mężczyzna opierał się dłońmi o blat stołu. Cała trójka dyskutowała nad czymś. Wreszcie stojący Murzyn przywołał skinieniem ręki pozostałych współlokatorów, zajętych dotychczas wylegiwaniem się na pryczach, tudzież półsnem lub rozmową.
- Słuchajcie – tęgi Murzyn rzekł, gdy podeszli. - Wiadomo, że treningi u Ludzi Pustyni mało kto przeżywa.
- Dobrze mówisz, Barack – rzucił Umar.
- Ale jak się będziemy trzymać razem, to może nam się uda – kontynuował Barack.
- Prawda... - mruknęło kilka głosów.
- Dlatego obmyśliliśmy z Kainem i Nyoką, jak widzicie, że zjemy dziś po połowie naszych racji. Wiemy jak jest sytuacja u was, w oazie. Dla tego dostaniecie te półtorej porcji dzisiaj. Saul już raczej jadł, zresztą on nie potrzebuje jeść więcej, więc niech śpi dalej. A wy się posilcie i do spania. Na jutro musimy być wypoczęci...